wtorek, 1 stycznia 2019

Demakijaż (nie)doskonały: URBAN DOLLKISS i MAMONDE

Wszystkiego dobrego wszystkim moim czytelnikom  w Nowym Roku!!!!💖

Tradycji stało się zadość, to teraz czas już na recenzję, pierwszą recenzję tego nowego, 2019 roku (kurczę, trzeba od nowa się uczyć pisać dat - zawsze miałam z tym kłopot 😹). 
Recenzja w zasadzie powinna pojawić się w grudniu, ale ciągle było coś innego do napisania, no to wyszło jak wyszło. 
  Dziś pod lupę idą dwa kosmetyki oczyszczające, kosmetyki, które dotarły do mnie w listopadzie i przedstawiłam je w tym wpisie.


Pierwszym z nich jest Floral  Water Lip & Eye Remover od URBAN DOLLKISS
Woda kwiatowa do demakijażu głównie oczu i ust -  ma za zadanie delikatnie usuwać kolorowe kosmetyki i nie podrażniać skóry.  Kwiat lawendy oraz pięć ekstraktów roślinnych chroni skórę przed utratą nawilżenia. Przed użyciem należy porządnie wstrząsnąć a potem wylać na płatek kosmetyczny odpowiadającą dla siebie ilość, przyłożyć na 30 sekund do oczyszczanego obszaru i po tym czasie delikatnie usunąć makijaż. 
Woda jest zapakowana w porządną butlę, mającą aż 250 ml pojemności. Płyn ma lekko różowy kolor i delikatny kwiatowy zapach, który mi jednak kojarzy się bardziej z mydlanym. Mimo wszystko przy zmywaniu nie jest on wyczuwalny.

Skład: Water, Glycerin, Polyglyceryl-4 caprate, Butylene Glycol, 1,2-Hexanediol, Anise Fruit Extract, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Decyl Glucoside, Rose Extract, PEG-12 isostearate, Lavandula Angustifolia Flower Water, Camellia Japonica Flower Extract, Rosmarinus Officinalis Extract, Calendula Officinalis Extract, Chamomilla Recutita Extract, Geranium Maculatum Extract, Disodium EDTA, CI 15985, CI 16185.

Jak sobie radzi z demakijażem?
Jak by tu delikatnie powiedzieć...nie, chyba nie da się delikatnie, bo nie radzi sobie prawie wcale, a już na pewno nie z europejskimi kosmetykami kolorowymi. Co ja się nakombinowałam, żeby to zadziałało, to przechodzi pojęcie. Płatek trzymałam dłużej, krócej, więcej kosmetyku, mniej...Nic nie zdało egzaminu, jedyne co uzyskałam, to podrażnienie skóry wokół oka. Żeby nie było, woda o dziwo nieźle radzi sobie z japońskimi eyelinerami i tuszem do rzęs, ale w przypadku europejskich firm nie idzie w ogóle (pewnie kwestia składów). Eyelinera żelowego od Maybelinne prawie nie rusza, tusze wymagają wielokrotnego pocierania. Jest potwornie niewydajna, bo przez miesiąc poszło mi pół butli, a nie maluje się co dzień (100 ml butelka z Innisfree służyła mi ponad trzy miesiące, tu recenzja). Do tego im dłużej używam, tym częściej mam wrażenie, że szczypią mnie oczy, a raczej nie miewam problemów z tego typu reakcjami, musi być coś naprawdę mocnego. Trochę kiepsko, bo według składu naprawdę nic nie powinno mnie ruszyć, być może to wina któregoś z barwników.
Podsumowując: nie, nie i jeszcze raz nie. To był pierwszy i osttani raz kiedy zakupiłam tą wodę i osobiście nikomu jej nie polecam.

Kolejnym bohaterem wpisu jest olejek do mycia twarzy z MAMONDE Micro Cleansing Oil (Flower Lotus). 

Szukając olejku do demakijażu, który nie zawierałby parafiny musiałam przerzucić naprawdę sporo składów na cosdna.com. W planach był tylko koreański, bo akurat z takiego sklepu robiłam zamówienie, no i nie Innisfree, bo te juz znam i chciałam wypróbować coś nowego.  Trafiło na Mamonde - firmę, która parę razy przewinęła mi się przed oczami, ale jakoś nic mnie nigdy nie urzekło. natomiast ten olejek akurat mnie zaciekawił.
" Świeży, wodnisty olejek oczyszczający o doskonałej mocy oczyszczającej - usuwa kurz, brud i makijaż bez zapychania porów."
Olejek jest opakowany w białą butelkę z pompką o pojemności 200 ml, działającą bez zarzutu. Dozuje ona odpowiednią ilość, nie za dużo, nie za mało. Sam olejek ma dość ciekawą konsystencję, bo rzeczywiście jest  wodnisty, przez co sprawia wrażenie bardzo lekkiego. Bez problemu emulguje pod wpływem ciepłej wody.

Skład: Water, Glycerin, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Dicaprylyl Carbonate, Dipropylene glycol, PEG-20 Glyceryl Triisostearate, PEG-15 GLYCERYL ISOSTEARATE, PEG-6 caprylic/capric glycerides, Isopropyl Palmitate, Nelumbo Nucifera Germ Extract(Lotus), Nelumbium Speciosum Flower Extract(Lotus), Lavandula Angustifolia Oil(Lavender Oil), Rosa Canina Flower Oil(Dog Rose), Citrus Aurantium Dulcis Oil(Orange Oil), Caprylic/Capric Triglyceride, Butylene Glycol, 1,3 Butylene Glycol, Fragrance

Działanie jest bardzo dobre. Świetnie zmywa makijaż, radzi sobie nawet z tym, co zostawia woda kwiatowa od Urban Dollkiss, chociaż osobiście wolałabym nie dobijać już skóry wokół oczu. Bez żadnego problemu zbiera podkłady i sam elegancko spłukuje się ciepłą wodą, nie pozostawiając tłustego filmu, jak to niektóre olejki mają w zwyczaju. Zapach lotosu jest bardzo delikatny, nie nachalny, bardzo szybko ulatniający się podczas mycia. Mimo dłuższego czasu stosowania nie zauważyłam by zapychał, więc tu obietnica producencka również jest spełniona. I w zasadzie tylko jedna mała rzecz skreśla go z mojej listy kosmetyków doskonałych, które na pewno kupię ponownie: smak. Tak, świadomie to piszę. Zdarza się, że myjąc buzię olejkami coś tam nam zostaje na wargach i do tej pory nigdy nie miałam z tym problemu. Szybko się zmyło i po kłopocie. Ta cholera zostawia bardzo gorzki posmak, zupełnie jakby się piło herbatkę z bylicy piołunu (nie polecam ze względu na smak, aczkolwiek jest bardzo dobra na problemy z układem pokarmowym i bólami menstruacyjnymi). To jest straszne i bardzo irytujące.

 I gdybym miała teraz odpowiedzieć na pytanie, czy go polecam, powiem szczerze, że nie bardzo wiem co napisać. Z jednej strony świetnie oczyszcza, nie zapycha, nie ma oleju mineralnego w sobie i pod tym względem jest jednym z najlepszych kosmetyków oczyszczających jakie miałam.
Z drugiej strony ten posmak nieco psuje mi radość używania tego olejku i naprawdę szkoda.

Wobec tego to Wam zostawiam decyzję, czy chcecie go wypróbować, czy jednak pomyślicie nad czymś innym. 😼
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Projekt: denko (styczeń 2019)

Ostatnie, dwumiesięczne denko było zdecydowanie za długie. tym razem nie będę się tak rozpisywać. Jak zwykle lisy są wyznacznikiem mojej ja...