wtorek, 21 sierpnia 2018

Pielęgnacja włosów - sierpień 2018

Do tej pory umieściłam tylko parę recenzji o kosmetykach do włosów, tym razem będzie wpis o tym, czego używam na co dzień. Od razu zapowiadam - jest tego bardzo dużo i dziś będą to tylko pobieżne informacje i na pewno nie będę recenzować w przyszłości wszystkich zamieszczonych tu kosmetyków, ale jeżeli coś Was mocniej zainteresuje - piszcie. Wtedy powstaną recenzje 😉


 Na początek trochę o moich włosach. Są długie, kolor od zawsze był miedziano-kasztanowy (w zależności od pory roku). Farbę widziały chyba tylko trzy razy w życiu, raz, kiedy po filmie X-Men rozjaśniłam grzywkę na platynowy blond (i przy okazji ją spaliłam 😈, a potem płukanką zrobiłam z niej błękitny kolor i nawet mi się podobało), drugi kiedy w szkole policealnej postanowiłam przefarbować je na czarno. Już pomijam fakt, że przy moim typie urody to był bardzo chybiony pomysł, na szczęście moje włosy były inteligentniejsze niż ja i farby po prostu nie przyjęły. Znaczy po dwóch miesiącach kolor się wypłukał na brąz, a po czterech wróciły do swojego koloru. A farba była firmy Palette, ponoć w tamtych czasach najtrwalsza i nijak się nie wypłukująca. No cóż...😊
Suszarki używam rzadko kiedy, prostownicy raz na pół roku - jak mi się przypomni, że w ogóle ją posiadam. Włosy są średnio do wysokoporowatych z lekko przesuszonymi końcówkami. Pojedynczy włos jest dość gruby, ale w swoim czasie je przeproteinowałam, więc są dość łamliwe, ciągle z tym walczę.

Teraz o kosmetykach, których używam:
SZAMPONY
W zasadzie używam dwóch, teraz mi przybył jeszcze jeden, bo dostałam go niedawno do testów.
Do częstego mycia używam Nawilżającego szamponu z oliwą z oliwek i ekstraktem  z nasion z winogron z firmy PETAL FRESH. Bardzo dobrze mi się sprawdza jako łagodny oczyszczacz, cenię też szampony z ECOLABU. Na nieco silniejsze działanie oczyszczające przeznaczam szampon z olejkami z FRUCTIS GARNIER - uwielbiam ich owocowe zapachy. Ostatnio dostałam też szampon Nature Box z tłoczonym na zimno olejem z moreli z firmy SCHWARZKOPF. Składowo nie jest zły, chociaż mam zarzuty techniczne co do opisu marketingowego, ale o tym będzie przy recenzji tej serii. Za to sam szampon mocno pozytywnie zaskoczył mnie działaniem, powiem szczerze, tego się raczej nie spodziewałam. Ale już go lubię.

ODŻYWKI/MASKI
Wrzucam je do jednego worka, bo nie ma u mnie znaczenia, co stosuję i jak często. Zależy jaki mam nastrój. NATURE BOX morelowa jest uzupełnieniem szamponu i dobrze się sprawdza w swojej roli. Albo moje włosy lubią olej z moreli, albo po prostu tą serię, bo naprawdę dobrze na nią reagują. Odżywka jest średnio gęsta, ma lekki zapach morelowy, ale nie pozostaje on długo na włosach. Raczej jest z rzędu emolientowych. Kolejną jest głęboko nawilżająca odżywka z firmy STRAIGHT ARROW. Odżywka ma piękną historię, jakoby właściciele stadniny koni chyba gdzieś w Kalifornii (ale mogłam pomylić stany) odkryli cudowne właściwości specyfików pielęgnacyjnych dla koni na swoich włosach i postanowili wypuścić to w świat jako super pielęgnujące kosmetyki do włosów. Ile z tego prawdy, nie wiem, podejrzewam, że to po prostu dobra historyjka marketingowa. Sama odżywka ma ciekawy, błękitny kolor i słodkawy zapach, nie jest zła, ale też szału jakoś u mnie nie zrobiła. Skład raczej emolientowy, ale pod koniec w składzie zawiera hydrolizowane proteiny pszenicy, do tego ma silikony. KALLOSY to Kallosy - zawsze warto je mieć. Czy to do zmywania olejów, czy to z braku innej odżywki, czy to do mieszanek. Są tanie i całkiem dobre. Algowa to emolientówka w czystej postaci, często ją mieszam z cukrem i jakimś olejem. Color świetnie nadaje się do zmywania olejów, a jaśminowa to proteinówka, o ładnym zapachu. W zasadzie głównie dla niego była kupiona. BABUSZKA AGAFIA po raz kolejny mnie zawiodła, kosmetyki tej firmy wyjątkowo mi nie służą. Tu mam Cedrowy balsam - odżywkę o krótkim i prostym składzie, emolientową. Niby  powinna być dobra, ale....Mieszam ją z czym popadnie, bo po samotnym stosowaniu wybitnie plącze mi włosy. FRUCTIS, ach Fructis....Uwielbiam tą maskę. Kocham jej skład, zapach i działanie. Dla mnie jest boska i zamierzam kupić resztę jej sióstr. Wiem, że zdania są podzielone. Maska jest dość ciężka i na cienkie włosy raczej się nie nada, nawet moje potrafi obciążyć, jeśli przesadzę z jej ilością i wtedy też muszę się pogimnastykować, żeby ją zmyć. Ale dla tego, co robi z moimi włosami i dla baaaardzo długo utrzymującego się zapachu - warto 💖.

WCIERKI/PEELINGI/FARBY
Wcierki stosuję jak mi się przypomni, niestety nie jestem w tym systematyczna. Po lewej jest Eliksir do włosów od O.O. Benedyktynów, po prawej chyba już kultowa węgierska BANFI.
Eliksir jest na bazie ziół i miodu, nie ma w sobie alkoholu i jest delikatny. Jednak ekstrakty przyciemniają włosy i to zauważyłam, poza tym trzeba z nim bardzo ostrożnie postępować, bo skleja włosy i ciężko to wyczesać. Nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego działania. Banfi jest mocniejsza w działaniu, w składzie ma alkohol i pachnie dość ostro ziołami. Nie każdemu pasuje i nie każdy może sobie na nią pozwolić ze względu na skład, ale mojej głowie ona nie przeszkadza. Tyle, że też nie widzę wielkiego działania. Jest, bo jest. 
Od czasu do czasu robię peelingi skóry głowy i tu sprawdza się świetnie szampon w proszku Henaara firmy HESH i peeling cukrowy ze SKINFOOD. Szampon w proszku jest specyficzny, bo to po prostu sproszkowane hinduskie zioła i jeśli ktoś nie lubi ostrego zapachu amli - to tego też nie polubi. Poza tym brudzi wannę (jak peeling kawowy), więc trzeba z nim ostrożnie. Za to cukrowy jest tak naprawdę peelingiem i maską nawilżającą w jednym. Z reguły stosuję go do twarzy, bo mimo, że jest cukrowy, to jest delikatny. Na skalp też świetnie się sprawdza. Farb nie używam żadnych, oprócz naturalnej henny, ale raczej jako odżywki i peelingu w jednym. Pilnuję, żeby kolor nie odbiegał od tego, co mam na głowie, bo lubię swój kolor. Obecnie mam egipską, z reguły używam Mehandi z firmy HESH. Mimo falstartu z egipską, drugie hennowanie poszło całkiem nieźle. Może to była kwestia temperatury?...

OLEJOWANIE/ZABEZPIECZANIE/AKCESORIA
Trochę czasu minęło zanim dobrałam sobie swój olej. Okazało się, że najlepiej radzi sobie Tsubaki, ja swój zakupiłam w BIOCHEMII URODY. Oprócz tego czasem olejuję olejem lnianym i jaśminowym - ale ten ostatni w zasadzie tylko dla zapachu, bo działaniem nie powala. Zapomniałam do zdjęć ustawić podkładek na olejowanie - jest to albo glutek lniany, albo (znacznie częściej) żel aloesowy z THE FACE SHOP. Do zabezpieczania włosów mam olejek z ORIFLAME i silikonowo-arganową esencję z NATURE REPUBLIC oraz Fluid zabezpieczający końcówki z GLISS KUR. Powiem tak, żadne na razie nie zrobiło na mnie wrażenia. Nature Republic kiedyś recenzowałam (tak mam je jeszcze od tamtej pory) i wtedy było ok, teraz chyba już się nie lubimy za bardzo. Różowa szczotka jest z Aliekspres, niebieska z Rossmanna, grzebyk drewniany też z Ali (ponoć hebanowy, ale za tę cenę śmiem wątpić 😜). Po  niefajnej przygodzie z Tangle Teezerem, obie szczotki są wybawieniem, a grzebyk jest bardzo wygodny do torebki. No i różowe pudełeczko do ubijania piany - coś, bez czego nie ma mojego mycia włosów. Kupione na Ali za jakieś 1,5 $ służy mi już od paru miesięcy. Nie potrafię już myć włosów nierozcieńczonym szamponem. Musi być piana i już. A to coś ubija pianę na sztywno, zupełnie jak białko od jajka. Mycie włosów taką pianą  to bajka. 

Tak właśnie przedstawiają się moje kosmetyki do pielęgnacji włosów. Co  o ich sądzicie? Mieliście któryś z nich?

Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...