środa, 9 stycznia 2019

TOO FACED Then & Now. Moja nowa zabawka

Ostatnio sobie wymyśliłam, że w tym roku odejdę od moich kochanych palet z Makeup Revolution i złapię jakieś inne marki, nieco droższe. W sumie oglądam sporo tutoriali makijażowych, sama też używam wielu kosmetyków kolorowych, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do pakowania w nie większości kasy (w przeciwieństwie do pielęgnacji 😼). Tyle, że mam już swój podstawowy zbiór palet kolorystycznych, więc ten rok przeznaczę na palety inne, może lepsze jakościowo i na pewno ciut droższe, chociażby po to, by porównać ich działanie. 
Już w ostatnim poście zaznaczyłam, które palety chcę i najprawdopodobniej część z nich znajdzie się u mnie w tym roku, zapewne też będą na blogu - nieco odmiany od ciągłej pielęgnacji też się przyda. 


Dziś już jest pierwsza z wymarzonych palet - TOO FACED Then and Now
Kiedy ją zobaczyłam online w Sephorze, od razu zaświeciły mi się do niej oczy, w zasadzie była to jedyna paleta, która mnie zainteresowała. Na pewno swoje zrobiła też nazwa marki i cena, ale o tym za chwilę.
Too Faced jest znane w świecie makijażowym, w końcu to oni wypuścili genialne paletki czekoladkowe i brzoskwiniowe, dodając do nich zapach, co sprawiło, że makijaż w chmurze zapachu czekolady lub brzoskwini stał się przyjemnością.
Z okazji dwudziestych urodzin firma postanowiła wypuścić limitowaną edycję palety urodzinowej, zawierając w niej dziesięć cieni z palety wypuszczonej w 1998 roku (z ulepszoną, współczesną formułą), oraz dziesięć cieni współczesnych, poniekąd odpowiadających dzisiejszej modzie, uaktualniających stare kolory.
 Paletka sama w sobie jest bardzo duża, na pewno nie nadaje się raczej w podróże. Jeżeli macie gdzieś czekoladki MUR, to długość TF jest o połowę większa. Opakowanie jest kartonowe, zamykane magnetycznie,  cała paletka jest w kolorze rose gold i ma chropowatą powierzchnię imitującą brokat. Na pokrywce są wytłoczone dwa loga, duże złote jest kanciaste i na mnie nie zrobiła wrażenia, znacznie lepsze jest małe, które firma obecnie wykorzystuje. W amerykańskich paletkach widziałam zamiast dużego loga parę kobiecych oczu na wzór kreskówek, co moim zdaniem wygląda lepiej (widać je na dolnej części lusterka, na szarym obszarze). Szkoda, ze ta paleta tego nie ma...Oczywiście wszystko zapakowane jest w kartonowe pudełko, na którym z tyłu podana jest kolorystyka oraz skład. Górne cienie mają po jednym gramie wagi, dolne 1,25.

Kolory górne: 
* jeżeli piszę, że są drobinki brokatu a sam cień typowym brokatem nie jest - to tych drobinek za dużo nie ma, nie uderzają w oczy.
1. TWINKIE - złoty
2. PIXIE DUST - delikatny, seledynowy z drobinkami brokatu.
3. DIRT BAG - czekoladowy z drobinkami brokatu.
4. RIZZO - ciepły brąz matowy, ale z bardzo lekkim satynowym połyskiem.
5. ZSA ZSA - satynowy róż, z drobinkami brokatu.
6. TEMPER TEMPER - Satynowy bordowy, choć po rozblendowaniu zmienia się w ciemny, nasycony pomarańcz.
7. TRIXIE - fiolet, ale taki między lawendą a fuksją. Błyszczący.
8. VILLAIN - fiolet z czarnym podbiciem. Błyszczący.
9. ICE QUEEN - metalicznie niebieski z drobinkami brokatu. Satynowy.
10a. OOH ... - czarny mat z brokatem
10b. ...AND AHH - srebrno - biały, błyszczący.
Swatche. Btw - zobaczcie jak wielka jest ta paleta!


 Kolory dolne:
1. GLITTER DONUT - złoty, foliowy.
2. LOST BOYS - głęboka, szmaragdowa zieleń, błyszczący.
3. NSFW - czekoladowy, ale o nieco bardziej metalicznym wykończeniu niż Dirt Bag.
4. GRETCHEN - brzoskwiniowy mat.
5. REALITY STAR - róż i to w pełnym jego słowa znaczeniu. Ma fioliowe wykończenie.
6. I CAN'T EVEN - głęboki brąz. Matowy.
7. GIGI - zgaszony róż, jeden z nielicznych nudziaków. Matowy.
8. SHADY BITCH - fiolet, kolorystycznie podobny do Villain, ale o bardziej foliowym wykończeniu.
9. CHILL OUT - głęboki niebieski, graniczący z granatem. Błyszczący
10a. OOH... - czarny mat
10b. ...LA LA - satynowy szampański.

Cienie mają kremową konstystencję, w dotyku są bardzo miękkie, ale Pixie Dust i ...La La wyczuwalnie są twardsze i bardziej suche od pozostałych. Mimo to absolutnie nie wpływa to na ich blendowalność, bo blendują się świetnie. Łączą się ze sobą bez problemu, nie osypują się raczej przy aplikacji. Jedynie kolory z wykończeniem foliowym mogą, ale minimalnie, poza tym tego typu cieniom wybacza się mały osyp. Praca z nimi jest bajeczna, zwłaszcza, że w okół cały czas unosi się zapach czekolady.
Mam wrażenie, że niektóre z nich (Lost Boys, I can't Even, Chill Out) mogą być sprasowanymi pigmentami, choć nigdzie nie znalazłam o tym informacji. Ale może o tym świadczyć trudność zmywania ich ze skóry ręki, choć powieki na szczęście mi nie zabarwiły.
Oczywiście kolorystyka sprawia, że paleta średnio nadaje się do zwykłych, dziennych, lekkich makijaży. Można - ale wykorzystuje się wtedy max. 15% możliwości palety. Raczej to coś dla osób, które preferują mocniej podkreślone oko.
Wykorzystane: Lost Boys, Shady Bitch i Gigi




















No i na koniec totalny smaczek, bo cena. W zasadzie paleta początkowo kosztowała 239 zł, czyli cena standardowa dla palet Too Faced, ale z noworoczną wyprzedażą, Sephora obniżyła ją do 99, 90 zł, czyli prawie 60 %. W związku z tym nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze ją dostać, zwłaszcza, że w sklepie online już jej nie ma. Jednak są plusy z posiadania galerii handlowej na uboczu stolicy, bo konsultantka Sephory wynalazła jeszcze ostatnią sztukę tej palety. Okazało się, że nie była ona w standardowej szafie TF, tylko na szafie promocyjnej przy kasie.
Jeśli więc zaciekawiła Was ta paleta, pędźcie do Sephory, może jeszcze uda Wam się ją dostać jakimś trafem 😻



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Abstrahując od kosmetyki - bo nie samą pielęgnacją człowiek żyje.

   Blog sam w sobie jest kosmetyczny, ale już od jakiegoś czasu robię malutkie odstępstwa, ujawniając swoją kolejną pasję, która z dnia na...