czwartek, 24 stycznia 2019

Projekt: denko (styczeń 2019)

Ostatnie, dwumiesięczne denko było zdecydowanie za długie. tym razem nie będę się tak rozpisywać.
Jak zwykle lisy są wyznacznikiem mojej jakości:
😻 - bardzo dobry produkt, polecam i z chęcią do niego wrócę.
😿 - nie polubiliśmy się. Nie polecam.
😼 - nie jest zły, ale mogłoby być lepiej.


WŁOSY:

1. KALLOS Nawilżająca maska do włosów z ekstraktem z algi.
Szału nie ma, jak to zwykle, jeśli o Kallosa chodzi, ale mimo wszystko maska całkiem nieźle radziła sobie z nawilżaniem włosów. Maska algowa to jedna  z częściej przeze mnie wybieranych masek kallosowych, gościła już u mnie nie jeden raz i pewnie jeszcze ie raz zagości, bo jest tania i widzę po niej jakieś efekty. Niezbyt silne, ale jednak daje wygładzenie i błysk. 😼
2. KALLOS Latte. Nawilżająca maska z proteinami mleka.
 Jako maska proteinowa sprawdza mi się bardzo dobrze i podoba mi się jej zapach. Raczej nie jest to latte, ale bardziej kojarzy mi się z kremem śmietankowym. Kiedy moje włosy potrzebują protein, ta maska całkiem nieźle radzi sobie z tym zadaniem, pozostawiając je miękkie, błyszczące i łatwiej się rozczesujące. Tak samo jak poprzedniczka, ta również nie jest u mnie po raz pierwszy i raczej nie ostatni. 😼
3. GARNIER FRUCTIS Banana Hair Food, maska odżywcza.
To jeden z  moich chyba już ponadczasowych ulubieńców, bo właśnie skończyłam trzecie pudełko. Albo czwarte. Przestałam liczyć. Wiem, że maska ma swoich przeciwników i zwolenników, ale ja akurat należę do tej drugiej grupy. Bardzo dobrze rozumie się z moimi włosami, nawilża i pozostawia piękny zapach. Do tego ma świetny skład. 😻
4. GARNIER FRUCTIS Goji Hair Food, maska nadająca blask.
Nie tak gęsta i ciężka jak poprzedniczka, pachnie też bardziej słodko. Ta mnie ie urzekła. W sensie, nie jest zła, też nawilża i nabłyszcza, ale jednak nieco gorzej niż bananowa. Tą postawiłabym z działaniem na równi z opisaną miesiąc temu maską z papają. Nieszczególnie mój wybór i raczej jej więcej nie kupię.😼

PIELĘGNACJA CIAŁA:

1. YOPE Naturalne mydło w płynie wanilia/cynamon
Nie ma za bardzo co się rozpisywać, ale to kolejny już egzemplarz naturalnego mydła z Yope. bardzo dobry skład, ładny, waniliowy zapach. Mydło robi, co ma robić, czyli myje, nie wysusza skóry, a nawet leciutko zostawia ją nawilżoną. Bardzo się polubiłam z Yope, w sumie chyba już od trzech, czy czterech miesięcy używam tylko tych mydełek jako żeli pod prysznic. I pewnie tak już zostanie przez dłuższy czas.😻
2. LACTACYD Delikatny olejek do higieny intymnej.
Olejek to jest rzeczywiście i na pewno emulguje, ale koło delikatnego raczej nie stał. Oprócz swojego oczywistego przeznaczenia postanowiłam go wypróbować do demakijażu twarzy, kiedy akurat skończył mi się zwykły olejek - o Matko Bosko, nie, i jeszcze raz nie! To jak piekielnie piekły po nim oczy, było straszne. Makijaż zmył, ale pieczenie oczu nie było tego warte. Jako kosmetyk do higieny intymnej też mnie nie urzekł. W zasadzie mogę z całą pewnością powiedzieć, że po prostu go nie lubię.😿
3. DOVE Replenishing Rituals Body Cream with marula oil and mango butter.
Bardzo lubię wszelkie balsamy z Dove, masło do ciała miałam po raz pierwszy. Piękny, egzotyczny i nie za słodki zapach, gęste masełko, które jednak szybko się wchłaniało i dawało uczucie nawilżenia skóry, wyleczyło też moje suche łokcie i kolana. Bardzo na tak. 😻
4. ORIFLAME Soft Caress Nourishing Hand Cream.
Jeden z lepszych kremów do rąk, jakie miałam - a zużywam ich bardzo dużo. Dobrze nawilżał moje dłonie, które często są suche po pracy  z zielskami, delikatnie pachnie, szybko się wchłania. Bardzo się lubimy, zwłaszcza, że to chyba trzecie opakowanie zużyte.😻

PIELĘGNACJA TWARZY:

1. COSRX Low pH Good Morning Gel Cleanser.
Jego obszerniejsza recenzja jest tu. Ale to na razie jedyny żel do mycia twarzy, za którym bardzo tęsknie i żałuję, że już nie mam kolejnej tubki, chociażby po to, żeby raz na jakiś czas przemyć nim twarz. A to dopiero dwa tygodnie od jego wykończenia....Co prawda mam teraz podwójne uderzenie z Innisfree i czeka też Kumano Cosmetics, ale...Chyba nie wytrzymam do końca ich zużycia i Cosrx dotrze do mnie wcześniej. To również kolejne z opakowań, bodajże czwarte. 😻
2.  SKINFOOD Black Sugar Wash Off.
Również doczekała się recenzji na blogu (jest tutaj), ponieważ to kolejny kosmetyk będący moim ulubieńcem i zużyty został również po raz kolejny. Uwielbiam cytrynowy zapach, przełamany cukrem. Uwielbiam to, jak szybko cukier rozpuszcza się pod wpływem wody, w ogóle nie drapiąc skóry, tylko lekko peelingując. Uwielbiam to, że ten peeling może być również maską nawilżającą. Ale nie lubię tego, ze Skinfood bankrutuje. Mimo to sam kosmetyk-  klasa. 😻
3. FARM STAY Collagen water full hydrogel eye patch.
Obszerniejsza recenzja tutaj
O rany, jak ja odliczałam płatki, żeby to cholerstwo wreszcie zużyć... Kupując je liczyłam, że będą co najmniej tak dobrze jak płatki z Petitfee, ale mocno się przeliczyłam. Powieki dolne po nich lekko puchły i szczypały, chyba coś w tych płatkach mnie uczulało, chociaż nie było tak za każdym razem. Nie wiem od czego to zależało. Ale w najlepszym przypadku po prostu nie działo się nic. W kazdym razie to był nietrafiony strzał. 😿
4. KOCOSTAR Slice mask sheet banana.
Dostałam ją w styczniowym boxie #nomakenolife i musze przyznać, że jest to najdziwniejsza postać sheet maski, jaką do tej pory miałam, ponieważ są to małe bananki (w liczbie sześciu chyba) i plastry banana (też coś koło tego). To nie jest płachta. Wygląda to trochę tak, jakbyście kładli plastry owoców na twarz. Nieco dziwnie, bo strasznie zawęża to pole działania. Maska (maseczki?!) pięknie pachnie, taki banan z kremem, ale czy coś robi?....Jeden raz to za mało, bym zauważyła jakąś zmianę. Ale zaciekawiła mnie jej forma, kupię chyba jeszcze jakieś do wypróbowania. 😼
5. WELCOS KWAILNARA Jeju natural volcanic mask. Pore
Tych masek używam już od długiego czasu, bo do tej pory nie natrafiłam na nic lepszego. Ta jest maską oczyszczającą, ale jednocześnie zostawia skórę nawilżoną i rozjaśnioną. Czyli taką, jak lubię. To mój kolejny hit kosmetyczny. 😻

MAKIJAŻ:

1. THE FACE SHOP Ink Graffiti brush pen liner.
Eyeliner w pisaku o kolorze czarnym. Lubię jego pędzelkowe i precyzyjne zakończenie, choć trwałością mnie raczej nie porwał. Mimo to raczej się nie ścierał i nie rozmazywał, choć pod koniec zwłaszcza ciepłego dnia potrafił szarzeć. Do tego był jakoś dziwnie mało wydajny. 😼
2. CREER BEAUTE La Rose de Versailles
Kolejny eyeliner, tym razem japoński. Ale podobny do poprzednika, w sensie w pisaku z pędzelkiem o bardzo precyzyjnej końcówce. Kolor czarny. Lepiej spisywał się od poprzednika, szkoda jednak, że nie jest wodoodporny - mimo zapewnień producenta. Ale jako zwykły eyeliner sprawdza się znakomicie i chyba jeszcze do mnie wróci. 😼
3. EVELINE Celebrities
Jedyny polski eyeliner w tym zestawieniu. I jedyny drogeryjny, który kupuję niezmiennie od paru lat, bo jest tani, łatwo dostępny, dobrze się nosi i do tego ma bardzo wygodną końcówkę w formie całkiem niezłego pędzelka. Ten egzemplarz jest akurat w kolorze ciemnego brązu, ale kupuję też czarne. Nie wiem, które to już opakowanie zużyte, ale chyba druga dziesiątka zaczęła się jakiś czas temu. 😻

Tyle zdenkowanych przedmiotów. Hmmm, nawet nie spodziewałam się, że wyjdzie tylu ulubieńców, ale z drugiej strony są to w większości kosmetyki już przeze mnie sprawdzone, do których ciągle wracam, więc nic dziwnego. Mieliście których z  tych kosmetyków? Jak się Wam sprawował?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz, to mocno motywuje.
Będzie mi również bardzo miło jeśli zaobserwujesz mojego bloga. :)