czwartek, 29 listopada 2018

Ulubieńcy listopada '18

Zima za pasem, koniec listopada...To czas na ulubieńców.
W tym miesiącu nie ma ich jakoś dużo, po części dlatego, że część kosmetyków do mnie powróciła jako już sprawdzone cosie i kosmetyki te były już w którymś z poprzednich ulubieńcowych wpisów, a po części dlatego, że mocno ograniczam zakupy, póki nie zużyję poprzednich. Ale mimo wszystko coś tam się znalazło. 
Nie zwlekając zaczynam od przedstawienia.
Na początek pielęgnacja włosów i tu tylko jeden produkt (bo maska bananowa i szampon Fructis to nadal moje hity):
KUMANO COSMETICS -  Shikioriori Tsubaki. Odżywka nawilżająco-regenerujaca z olejkiem Tsubaki, aminokwasami i ceramidami AP. Jest to odżywka emolientowo - proteinowa do włosów suchych, łamliwych i pozbawionych blasku. W składzie ma proteiny jedwabiu, ekstrakty roślinne, olejek tsubaki, ale też silikony. Nie wszyscy je lubią, mi akurat absolutnie to nie przeszkadza. Odżywkę znalazłam w HEBE, refill kosztował niecałe 10 zł w promocji. Zdecydowanie na początek polecam tę opcję, bo butelka z tą samą pojemnością (400 ml) to już wydatek rzędu 55 zł - o ile się nie mylę, więc jeśli Wam coś nie podpasuje, to mogłoby zaboleć.
 Sama odżywka powoduje, że włosy łatwiej się rozczesują, błyszczą i są mniej splątane. Wreszcie też nie wyczuwam takiej suszy pustynnej przy końcach włosów. Odżywka jest w miarę gęsta, ale łatwo się rozprowadza i spłukuje, raczej nie obciąża włosów.  Zapach ma bardzo delikatny i przyjemny, lekko brzoskwiniowy, dość krótko utrzymujący się na włosach (co prawda zawiera ekstrakt z liści brzoskwini, ale tym razem chyba to zasługa jakichś składników aromatyzujących).

Pielęgnacja:
INNISFREE - Soybean Energy Skin. Oj, ten toner zasługuje na obszerną recenzję, więc nie chcę tu za dużo zdradzać. Ale uwielbiam jego świeży, przyjemno - ziołowy zapach, konsystencję, to jak się rozprowadza i wchłania, zostawiając skórę gładką i rozświetloną. Żadnych przykrych niespodzianek, dobrze nawilża, lekko rozjaśnia optycznie cerę już po samym użyciu. Napisałabym, ze wyrównuje koloryt, ale niestety nie jestem pewna, bo zbyt wiele kosmetyków, których używam ma to na celu...Ale wart jest każdej złotówki. Jest na tyle świetny, że postanowiłam dokupić mu jeszcze olejek myjący, pielęgnacyjny i piankę z tej samej serii...
ISNTREE - C-niacin ampoule. To właśnie jeden z tych kosmetyków, który ma wyrównywać koloryt. Ładnie i szybko się wchłania, pozostawia bardzo malutki film nawilżający, jest praktycznie bezzapachowy, choć ci o bardziej wrażliwych nosach mogą wyczuć zgnieciony owoc rokitnika. Świetne serum, rozjaśniające i rozświetlające skórę.
BEE NATURAL - Coco nilla. Ostatnio pisałam o pomadkach pielęgnacyjnych. Ta jest najlepszą, jaka mi się trafiła, po ponad tygodniu mogę to już spokojnie powiedzieć. Więcej o tej pomadce w tym wpisie
WITCH'S POUCH - Hand Cream Peach. Dostałam go niedawno, ale intensywne używanie pozwala mi stwierdzić, że jest to jeden z tych bardziej nawilżająco - regenerujących kremów do rąk. No i ten zapach brzoskwini...

Makijaż i akcesoria.
KRYOLAN Translucent powder TL 11. Kryolan swoją sławę ma chyba już za sobą, w sensie na rynku jest wiele marek, które są naprawdę bardzo dobre i marketingowo rozpoznawalne. A Kryolan kiedyś był jedną z najbardziej pożądanych marek w kosmetyczce, zwłaszcza, że powstał tak jak Max Factor czy Dermacol - na potrzeby charakteryzacji filmowej. Kiedy zaczynałam przygodę z makijażem, bardzo chciałam go mieć, ale wtedy cena była dla mnie zaporowa. Teraz na cocolicie ustrzeliłam go za niecałe pięć dych, więc cena nie jest wygórowana. Ale wreszcie mam puder, który bardzo długo utrzymuje mat na mojej skórze i nie włazi w pory. Ładnie wygładza skórę, a wykończenie nie jest papierowo - matowe, raczej lekka satyna. Bardzo go polubiłam i chyba nie miałam jeszcze pudru, o którym mogłabym powiedzieć, że kupię go po raz kolejny. W tym przypadku mogę. 
INGLOT Pomadka w płynie HD matte nr 21. Pomadkę dostałam od Ingi z bloga Black Liner, bo jej nie pasowała kolorystycznie. Nic dziwnego, Inga ma typową urodę Pani Zimy, lepiej wygląda w chłodnych tonach, na przykład fuksji. Ta pomadka jest znacznie cieplejsza i ma kolor pośredni między brudnym różem a brązem. Jest typowym nudziakiem, który w moim przypadku bardzo dobrze sprawdza się kolorystycznie. Do tego, jeśli już zastygnie, zamienia się w mat i jest bardzo trwała. Przy wcinaniu standardowych potraw, które nie były tłuste, i piciu (głównie kawy) wytrzymała prawie osiem godzin. Ściera się ładne i równomiernie od środka, nie robi plam, ale trzeba uważać z częstotliwością aplikacji, bo potrafi lekko wysuszyć usta. No, ale taka cena za trwałość. W każdym razie jest to kolejny kosmetyk, który z chęcią nabędę po raz kolejny.
FELICELA pędzel do rozświetlacza i różu. W moich zbiorach nie ma może jakichś spektakularnie drogich pędzli, bo króluje Hakuro i Hulu, które do tej pory mi wystarczały. Ale Felicela to inna liga (mimo, że finansowo wychodzi podobnie). Syntetyczny pędzel jest niesamowicie miękki i delikatny, mam wrażenie, jakbym nakładała kosmetyk tkaniną jedwabną. W poprzednikach wyżej wymienionych zawsze coś mnie czasem drapnie/szczypnie - no, odczuwam te pędzle. Może nie jest to bolesne, ale takie... niekoniecznie pożądane przy makijażu. I myślałam, że tak ma być. Felicela uświadomiła mnie, że niekoniecznie. Dlatego chcę dokupić resztę pędzli z tej serii. 

Tak właśnie przedstawiają się moi listopadowi ulubieńcy. Wybraliście coś dla siebie? 😺



Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...