piątek, 12 października 2018

-55% w Rossmanie....Jest się o co bić?

   Kosmetyczna promocja w Rossmannie od wielu lat cieszy się niesłabnącą popularnością. Wiele z nas czeka na te miesiące promocyjne, z reguły następujące albo wczesną jesienią albo na wiosnę. I nic dziwnego, bo któż nie chciałby obkupić się w kolorowe kosmetyki o połowę taniej?...
   Kiedy Rossmann wprowadzał te promocje, to była innowacja. Trzy tygodnie zakupowego szaleństwa, podczas którego można było zaktualizować swoje zapasy. Pamiętam, że każdy tydzień miał przypisaną do siebie odpowiednią grupę: jeden był dla kosmetyków do twarzy, czyli wszystkie pudry, podkłady, bazy, korektory, kosmetyki do konturowania. Następnie szła kolorówka do oczu i brwi, a na sam koniec usta i paznokcie, choć pierwszy z ostatnim tygodniem promocji zamieniał się czasem miejscami. Nie było zbyt wielu reguł, każdy mógł kupować ile dusza zapragnie i ile było dostępne. 
Ostatnio Rossmann nieco "zmądrzał" i już nie ma wolnej amerykanki. Przede wszystkim - by móc skorzystać trzeba mieć kartę sieci i wolno zrobić tylko trzy razy zakupy podczas trwania promocji, do tego każdy kosmetyk można kupić w ilości po sztuce. Czy to dobrze?...Nie mnie oceniać: dla niektórych tak, dla innych, którzy na tym zarabiali kupując ilości hurtowe, a potem sprzedając gdzieś na lewo (tak, o takich praktykach też słyszałam) pewnie znacznie mniej się ta polityka podoba....choć uważam ją za znacznie sprawiedliwszą. 
Ale bardziej zastanawia mnie co innego.
Wczoraj dotarła do mnie paczka ze sklepu cocolita.pl, gdzie zamówiłam kończącą mi się kolorówkę i bardzo dobrze zapowiadające się pędzle Hulu, których stacjonarnie na razie nigdzie nie widzę. Z kosmetyków drogeryjnych dostępnych stacjonarnie były tylko trzy, ale to skłoniło mnie do refleksji.
W skrócie: po jakiego pioruna ja mam się przepychać między szafami w Rossmannie, wyrywać sobie z rąk jakieś kosmetyki, które najpewniej i tak już były otwierane, denerwować się, że już nie ma mojego odcienia lub kupować kosmetyk, który nawet w promocji cenowo niewiele się różni od bezpromocyjnego w drogerii internetowej?....

Podam przykład Cocolity, jako, że teraz z niej zamawiałam:
1. Maskara L'oreal paris Volume Milion lashes. Rossmann: 63,99 zl; po promocji 55% - 28,79 zł. Cocolita: 36,90 zł; obecnie w promocji 25,90 zł.
2. Maskara Max Factor 2000 calories. Rossmann; 35,49 zł; po promocji 15,98 zł. Cocolita: 19,90  zł, obecnie w promocji 14,90 zł.
3. Bourjois Healthy mix podkład: Rossmann 63,99 zł, po promocji 28,79 zł. Cocolita: 39,90 zł, w promocji 24,90 zł.

I można sobie tak mnożyć przykłady...
 Chodzi mi o to, że kupując w drogeriach internetowych jest taniej (zwłaszcza jeśli porównamy zwykłe ceny bez promocji), o niebo wygodniej, bo kupujemy w domowym zaciszu, mamy pewność, że to nowiutkie, nieotwierane, niemacane produkty i raczej nie przegrzane świetlówkami z szaf kosmetycznych, do tego rzadko zdarza się, by nie było pożądanego przez nas odcienia, zwłaszcza jeśli są to nowości lub kosmetyki na tzw. topie, polecane przez najsławniejsze polskie youtuberki. No a wybór firm kosmetycznych i akcesoriów...Nawet nie ma co porównywać. 
Jest sporo dobrych drogerii internetowych, w których można się zaopatrzyć w kosmetyki znacznie taniej niż w rossku i wcale nie trzeba czekać do promocji. Warta wymienienia jest tu wspomniana już wyżej cocolita, kosmetyki z Ameryki, minti shop, e-zebra czy eKobieca.
Dlatego moim zdaniem nie ma co za bardzo się napalać na rossmanowskie promocje.
Jeśli już  o nie chodzi, bardziej celowałabym w Drogerie Natura, które też dopiero co miały obniżki, a tylko tam można dostać bardzo dobrą polską markę Kobo, równie dobre i tanie mySecret czy Wet'n'wild.
Mi Rossmann służy tylko do ewentualnego sprawdzenia kolorów i odcieni. 
A co Wy o tym sądzicie?

Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...