niedziela, 16 września 2018

Mój kosmetyczny top - sierpień '18 (+ dwa faile)

Czas na podsumowanie kosmetyczne sierpnia i moich ulubieńców, którzy mi przytrafili....i podsumowanie dwóch antyulubieńców.
  Jeżeli chcecie zobaczyć to w wersji mówionej - zapraszam na yt. 😊

A teraz czas na podsumowanie opisowe. Zaczynam od makijażu.

Na swojego pierwszego ulubieńca trafiłam w drogerii z sieci Drogerie Polskie. W zasadzie bardzo lubię ten sklep, bo kiedy jeszcze nikt nie myślał o tym, że w Hebe będzie MUR, a szafki z firmami produkującymi "naturalne" kosmetyki (chociaż co to właściwie oznacza? Kiedyś o tym chyba zrobię wpis) zajmowały minimalną powierzchnię, tu to wszystko już było i to w sporych ilościach. Jeżeli robię jakieś zakupy kosmetyczne, to ten sklep jest pierwszym o którym myślę, bo często znajduję tu jakieś ciekawostki i bardziej "niszowe" firmy - takie, które ciężko znaleźć w wielkich sieciach.
Tak było i tym razem. Zwiedzając sklep, trafiłam na szafę polskiej firmy CELIA. A teraz przyznać się, ile razy widzieliście ich kosmetyki stacjonarnie?...
 Firma istnieje od lat sześćdziesiątych XX wieku, w latach dziewięćdziesiątych była często spotykana w małych drogeryjkach, a potem jakoś umknęła w natłoku nowości kosmetycznych i mam wrażenie, że została zapomniana trochę.
Wobec tego moim pierwszym ulubieńcem jeeeest.....
CELIA Pomadko-błyszczyk nawilżający 2 w 1 (kolor nr 513). Ja po prostu uwielbiam tę pomadkę!! Nakłada się bardzo łatwo, usta wydają się nawilżone, w ogóle nie wysusza, wygodnie się nosi i wytrzymuje parę godzin, oczywiście przy założeniu, że nie spożywamy posiłków, bo jednak nie jest zastygająca. Kolor mojej jest nudziakowy, taki typu Cafe au Lait, i jest pięknie błyszczący. Ogromnym plusem jest opakowanie, gdyż jest metalowe w kolorze przytłumionego złota, a wszystko opakowane jest w gustowny kartonik. Pomadka sama w sobie wygląda na bardziej luksusową i droższą niż jest w rzeczywistości (koszt 10-13 zł) i na pewno super będzie się prezentować w Waszej kosmetyczce.

Następnym w kolejce jest podkład MAX FACTOR Radiant Lift (nr. 40 Light Ivory.) Podkład dostałam w ramach testu, ale wiem, że ostatnio miał swoją premierę w Rossmanie. Kosztuje koło 66 zł. Dlaczego go polubiłam? Jest długotrwały, nawilżający (co jest aż dziwne, biorąc pod uwagę firmę), ma bardzo wygodne opakowanie z pompką, krycie średnie do pełnego, łatwo się buduje, ładnie dopasowuje do twarzy i stapia ze skórą. Nie tworzy efektu maski, a jego wykończenie jest satynowe. Wiele podkładów ma problem z moją skórą, podkreślając rozszerzone pory - ten je ładnie ukrywa, choć producent nie obiecuje tego przy opisie kosmetyku. Jedyne co mi trochę przeszkadza to zapach, specyficzny dla podkładów MaxFactora, na szczęście jest tu znacznie lżejszy niż w pozostałym podkładach tej marki.

No i trzeci ulubieniec kosmetyczny to paletka MUR Violet. Nie będę się o niej rozpisywać, bo zrobiłam to w tym poście. 😊

Kolejną grupą są akcesoria. Tu będzie krótko.
 Pierwszym jest gąbeczka WIBO, która zastąpiła moją wysłużoną z Blend It. Bardzo ładnie chłonie wodę, przez co jest wilgotna i nie ma w związku z tym z nakładaniem podkładów. Zauważyłam, że niektóre z nich, do tej pory nie do końca odpowiadające mi wykończeniem, wraz z tą gąbeczką dostały nagle nowe życie. Wyglądają znacznie lepiej, rozprowadzają się łatwiej i przyjemniej. Tym samym gąbeczka z Wibo (którą udało mi się upolować za niecałe 11 zł, choć normalnie kosztuje 19 zł) zdetronizowała całkowicie moją poprzednią... Zwłaszcza, że znacznie łatwiej się ją czyści.

Drugim jest syreni pędzel, do którego nie miałam początkowo serducha, ale to, jak łatwo, wygodnie i szybko się nakłada nim róż i rozświetlacz podbiło jego ocenę. Do tego jest miękki, zbity i również łatwy w czyszczeniu. Nadal nie przepadam za jego kolorem, ale to już kwestia indywidualna. A skoro działa, to na kolor przymykam oko.

No i pielęgnacja - tu też znalazło się parę fajniastych rzeczy.
Pierwszym kosmetykiem, który przyszedł mi do głowy, jest otrzymany w ostatnim Japan Boxie peeling olejowy z japońskiej firmy IDA LABORATORIES - Honey Oil Pack. Jest to kosmetyk, który stosuję jako peeling, ponieważ zawiera drobinki cukru, ale są one zanurzone w takiej żelowo-olejowej
konsystencji (przypomina mi to trochę olejek w żelu Johnsons & Johnsons), od dość wyraźnym zapachu propolisu. Kosmetyk oczyszcza dogłębnie, a jednocześnie nawilża skórę, co sprawia, że jest ona jaśniejsza, czystsza, miększa i ogólnie ładniejsza. i jak i się skończy, to będę smutkować, bo nie mogę na razie znaleźć logicznego dostawcy. 😩

Kolejnym kosmetykiem, a właściwie grupą kosmetyczną są maski w płachcie. Mówię o nich bardzo rzadko, bo też niewiele jest firm, które dłużej u mnie goszczą, bo w jakiś sposób mnie zachwyciły.
Jednak znalazły się wyjątki. Pierwszym jest WELCOS KWAILARA z maskami Natural Jeju mask. tu mam dwie przedstawicielki: Aqua (nawilżająca) i Pore (oczyszczająca). Robią to, do czego są stworzone i je po prostu uwielbiam. Jako jedyne są ze mną już od bardzo długiego czasu. Kolejną maską jest nawilżająca Maska Jogurtowa z koreańskiej firmy SKIN'S BONI. Nigdy nie miałam jej na uwadze, a ta dostałam od Ingi z bloga Black Liner. Nie miałam co do niej szczególnych oczekiwań, a tu...BAAAM! Jeżeli szukacie czegoś mocno nawilżającego i ładnie pachnącego, ta maska jest dla Was. Do tego sporym udogodnieniem jest dość sztywna perforowana folia, włożona między warstwy złożonej płachty, co bardzo ułatwia jej rozwinięcie.
Maski w płachcie z ryżem od IAC - LABO to kolejne odkrycie z Japan boxa. Dziesięć płacht w jednym opakowaniu, w sporej ilości esencji ryżowej, co oczyszcza, nawilża i przywraca skórze równowagę, to w zasadzie wszystko, czego chcę. Do tego skóra jest pięknie napięta, mam wrażenie, jakby ta maska dokonywała czasowego liftingu i na pewno wizualnie likwiduje opuchliznę pod oczami.
 I są tanie. Mimo to znów pojawia się problem dostępności, ale będę szukać, bo są genialne.

I ostatnie dwa odkrycia z pielęgnacji skóry, oba z firmy PURITO. Oba oparte na wyciągu z wąkrotki azjatyckiej, która jest uznawana za roślinę młodości i długowieczności. Odświeżający cytrusowo-ziołowy zapac
lekkie, szybko wchłaniające się konsystencje, działanie wygładzające, rozświetlające, upiększające cerę, do tego żadne z tych kosmetyków nie zapycha. Zarówno Centella Green Level Eye Cream, jak i Centella Green Level Buffet serum mają ciekawe, dość naturalne składy, więc warto się nimi zainteresować, jeżeli staracie się ograniczać wszelkie chemiczne składniki będące tylko zapychaczami w kosmetyku. Krem pod oczy jest lekki, szybko się wchłania, więc z powodzeniem można stosować go na dzień pod makijaż. Serum ma żelową konsystencję, ale w kontakcie z ciepłą skórą zamienia się w wodę.  Uwielbiam je.

Ostatni ulubieńcy to już pielęgnacja włosów, do której zużywam tony kosmetyków.
Pierwszym jest pochodząca ze stajni GARNIER FRUCTIS maska z serii Hair Food o zapachu papai. Maska ma świetny skład, jest emolientowa, pięknie pachnie papają, choć na włosach zapach bardziej przypomina smakowite, maślane ciasteczka. I bardzo długo się utrzymuje. Włosy po niej są nawilżone, lśniące, łatwo się rozczesują. Osobom z cienkimi kosmetykami zalecam bardzo uważną aplikację, bo maska może obciążać - jej skład jest naprawdę bogaty w oleje.

Drugim ulubieńcem jest odżywka z firmy SCHWARZKOPF Nature box z olejkiem z moreli, o której szerzej pisałam tu. I mimo, że nie zgadzam się z polityką marketingową firmy względem serii tych produktów, nie mogę zaprzeczyć, że moje włosy bardzo się polubiły zarówno z szamponem jak i z tą odżywką.

I dwa minusy, oba będące kremami BB.
Pierwszy pochodzi z japońskiej firmy SANA i jest to PorePutty BB cream. Próbowałam dać mu sporo szans i kombinowałam bez baz, z bazami, różnym typem nakładania, bez pudrów, z pudrami...i nic nie przyniosło dobrego efektu. Krem, mimo dopasowującego się koloru w ogóle się nie wchłania, pozostaje na skórze jako osobna warstwa, przez co szybko się ściera, do tego mam wrażenie, że zapycha, bo po każdym użyciu jakaś niespodzianka wyskakiwała mi na skórze. Być może lepiej poradziłby sobie na suchej skórze, ale producent wyraźnie zaleca go do cery mieszanej, a jednym z
jego działań jest ukrywanie rozszerzonych porów. Nie, to nie działa. powiedziałabym nawet, że je podkreśla. Usiłowałam się z nim polubić od kwietnia - niestety, nie wyszło.

Drugim failem jest MISSHA. Nie wiem, co ta firma ma w sobie i czemu jest takim fenomenem w sferze k-beauty, naprawdę. Robię już któreś podejście z kolei do jej kosmetyków i za każdym razem oddaję je komuś innemu, bo u mnie nie działają, albo działają w tą gorszą stronę. Tak jest też teraz z osławionym kremem bb w bordowym opakowanku - Perfect Cover.. Mam numer 21 i teoretycznie kolor się zgadza. Nawet podobało mi się jak się rozprowadza i leży na skórze, przez chwilę krem pretendował do miana ulubieńca. A potem zobaczyłam jego dziwny, szary odcień. Nie wiem zupełnie o co w tym chodzi w kremach bb, ale coś takiego zauważyłam też w niektórych Skin79 czy Purito. Co jest grane? Czy ta szarość w jakiś sposób rozjaśnia cerę Koreanek? U mnie w każdym razie nie działa, sprawia jedynie, że cera po krótkim czasie wydaje się ziemista, zmęczona, pozbawiona blasku i wygląda po prostu źle. Żałuję, bo naprawdę krem zaczynał mi się podobać.

To tyle o moich ulubieńcach w tym miesiącu. Któryś z nich Was zaciekawił? A może już jakiś mieliście u siebie? Dawajcie opinie 😊

Jeszcze taka ciekawostka - na blogu ReznorBlog jest mój gościnny wpis o moich ulubionych składnikach w kosmetykach rodem z Dalekiego Wschodu. W zasadzie nie wiem, czemu nigdy nie wpadłam na pomysł, by u siebie taki wpis zamieścić. Ale jeżeli jesteście ciekawi, jakich składników nie może zabraknąć w kupowanych przeze mnie kosmetykach, zapraszam pod ten link.




Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...