piątek, 17 sierpnia 2018

Lisia perfumeria.

          Lato ciągle jeszcze trwa,  a u mnie trochę się nazbierało buteleczek, pomyślałam więc, że tym razem zamiast pielęgnacji na blogu będą zapachy.
 Należę do osób, które uwielbiają ładne zapachy i zapamiętują sytuacje życiowe zapachami właśnie. Przekłada się to na pielęgnację - u mnie każdy kosmetyk MUSI wręcz pachnieć. Jeżeli tego nie ma, może nawet czynić cuda, a ja i tak w pewnej chwili rzucę go w kąt.
 Skoro tak wygląda sytuacja, domyślacie się zapewne, że psikadełek też mam niemało :). I nie, nie są to perfumy z wyższej półki. Oczywiście, że bym chciała i nawet się na takie nastawiam od długiego czasu, ale... No cóż tu ktoś bliski pracuje w Avon, tu w Oriflame...Więc nie bardzo mam motywację, by wydać więcej kasy na perfumy (zwłaszcza, że i tak ją wydaję na kosmetyki azjatyckie 😁), a skoro mam dostęp do zapachów z tych dwóch firm, to korzystam. Zwłaszcza, że z reguły je dostaję w prezencie, no i uwielbiam zmieniać zapachy 😉


   Zapachy z Avon'u towarzyszą mi od lat szczenięcych. Pierwsze, przy których poległam nazywały się "Women of earth" i niestety nie zdążyłam ich kupić, bo szybko wycofano je ze sprzedaży (choć ostatnio widziałam je na e-bay, więc chyba tym razem się zbiorę i kupię), kolejnymi, które pokochałam to Celebre. Do tej pory uważam, że to jedne z najpiękniejszych kwiatowych zapachów, ale wiadomo - zapachy rzecz gustu. 

  Ostatnio obdarowano mnie całym mnóstwem mgiełek zapachowych - i na lato są jak znalazł. Na zdjęciach widzicie kolekcję, ale wymienię je Kokos i karambola (karambola odbiera trochę mdlącego zapachu kokosa, co jest na plus), Orchidea i jagoda (słodkie, oj słodziutkie), planet SPA - mgiełka z jaśminowym olejkiem eterycznym (jaśmin, ale kojarzący się z francuskimi perfumami), Magnolia (nie da się ukryć), Różowa stokrotka i sycylijska cytryna (odświeżająca, bardzo cytrusowa), Śliwa i wanilia (czuć zarówno jedno jak i drugie), Zielona herbata i werbena (uwielbiam - mega odświeżająca), Czerwona róża i brzoskwinia (przewaga zapachu różanego, ale dzięki brzoskwini nie jest "babciny"), Żurawina i cynamon (świąteczne bardzo), Jeżyna i wanilia (jezyna orzeźwia słodki waniliowy zapach), Jaśmin (uwielbiam), Migdał i konwalia (obie nuty zapachowe pięknie współgrają), Planet SPA Rumianek i lawenda (w zasadzie bardziej to perfumy do pościeli, ale sen jest znacznie lepszy :)), Kwiat wiśni (pachnie wiśnią, ale nie owocowo, tylko delikatniej), Wanilia i drzewo sandałowe (nieco orientu, ale nienachalne), Piwonia i marakuja (lato w babcinym ogrodzie na wsi. Dobre wspomnienia), Kwiat jabłoni (wszystko, co pachnie jabłkiem i jest z jabłka jest dobre), Mango i granat (niby mangowy zapach, ale granat daje pazurka), Truskawka i biała czekolada (nie wiedzieć czemu, pachnie mi bardziej poziomką), Róża i czekolada.
wszystkie (nie będą po kolei jak na zdjęciu):
  Rozwodzić się nad nimi nie ma co. To mgiełki, więc super trwałości nie mają. Wszystkie praktycznie są na alkoholu, więc do odświeżania twarzy się nie nadają. Ale dla mnie spełniają rolę letnich pachniuchów, więc nie wymagam wiele. Do tego są tanie.

     Drugą grupą są perfumy, a w zasadzie wody perfumowane. Wszystkie są również prezentami i czekam nadejścia jesieni, bo własnie w chłodniejsze dni lubię używać ciut mocniejszych zapachów.
Na pierwszym planie pomarańczowo - biała buteleczka to Incandessence z Avon. Długo nie mogłam się do nich przekonać, w katalogu jakoś mi pachniały dziwnie. Dopiero mając je na sobie stwierdziłam, że to jest to. Może nieco sugeruję się reklamą, ale ich kwiatowy, dziwnie słodko-lekki zapach kojarzy mi się z wiosennym, kwitnącym sadem tuż po wschodzie słońca, kiedy jeszcze jest rosa i unosi się taki świeży zapach nocy.
 Drugi po prawej, w owalnej butelce to Oriflame i Lucia. Są zupełnie inne. Kwiatowe, ale bardziej intensywne, mocniejsze. Najbardziej na prawo to Perceive (Avon) - kocham je już od dłuższego czasu, w zasadzie od kiedy weszły na rynek. Należą do tych zapachów, co to się albo kocha, albo nienawidzi, bo są bardzo specyficzne. Niby kategoria kwiatowa, ale mają w sobie ostrość, do tego dla mnie lekko pachną ziołami i lasem. Dla mnie trochę nieoczywisty zapach. Przesuwając się w lewo mam zapach od Elizabeth Arden - Green Tea i Yuzu. Jak samą zieloną herbatę od EA lubię, tak ten zapach jakoś nieszczególnie mnie urzekł. Jest dziwny i kojarzy mi się trochę z odświeżaczem powietrza. Ostatnie dwa zapachy to Oriflame. Niższy to Tuberose, o słodkawym, i dość mocnym zapachu tuberozy, bardziej na wieczór. A wyższy to My Destiny o waniliowym zapachu, mocno kojarzącym mi się z zapachem Angel od Muglera (wiecie, taka butelka w kształcie gwiazdy). Dopiero po chwili wybija się też lekko kwiatowy zapach.

No i ostatnia perełka najmniejsza, ale stojąca na samym przodzie to hinduskie perfumy w olejku "Lily of the Valley". Powiem od razu -  koło konwalii to nawet nie stało, ale ma tak piękny orientalny zapach drzewa sandałowego, kwiatów, kadzidła i tego wszystkiego, co może kojarzyć się z Indiami, że im to wybaczam. Do tego są trwałe, zwłaszcza, jeśli się je zaaplikuje na najcieńsze miejsca w skórze, gdzie jest wyczuwalne tętno. 

Tak właśnie przedstawia się mój mały składzik. Lubicie często zmieniać zapachy, czy jednak jesteście wierni tylko jednemu?

Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...