środa, 16 maja 2018

Wracam do azjatyckich eyelinerów

    Eyelinerów używam namiętnie i ciągle, od wielu lat nie mogę się od nich uwolnić. Szybko nadają wyrazistości, zwłaszcza jeśli na co dzień nie nosi się sztucznych rzęs, ani nie spędza wielu godzin nad makijażem oka. Rano, przed wyjściem do pracy jest to raczej mało praktyczne...
  Testowałam już parę japońskich i koreańskich, nawet porównywałam je z europejskimi, co można sprawdzić w podlinkowanym wpisie. Po tym jak skończył mi się eyeliner z Isehan, miałam od nich dłuższą przerwę, zresztą robiłam też mało zakupów kosmetycznych, starając się zużyć to, co mam. 
  Jednak ostatnio nazbierało  się nieco do kupna, wobec tego przy okazji wrzuciłam od razu trzy sztuki. Żeby nie było monotonnie, wybrałam trzy kolory.

Dwa z nich są owocem koreańskiej firmy Bbi@ i mówię tu o kolorze czerwonym i brązowym. Ich dokładna nazwa to Last pen eyeliner - kolory: #02 Sharpen brown i #05 Burgundy. Oba w założeniu mają utrzymać kolor przez cały dzień bez wykruszania się.
Trzeci to kosmetyk japońskiej firmy Creer Beaute, specjalizującej się w opakowaniach kosmetycznych nawiązujących do popularnych mang lub anime, w tym przypadku do "Lady Oscar", w Polsce znanej jako "Róża Wersalu". O ile kojarzę, owo anime było mocno popularne w latach  dziewięćdziesiątych, kiedy to kanał Polonia 1 uszczęśliwiał nas orientalnymi "bajkami" (nie znoszę tego słowa w odniesieniu do anime 😜), mającymi najczęściej włoski dubbing.
 Eyeliner ma czarny kolor, jego pełna nazwa to Lady Oscar Liquid eyeliner (special edition). Jest oznaczony jako "Cruelty free", więc jeśli szukacie kosmetyków, których na zwierzętach się nie testuje- właśnie taki znaleźliście :). Teoretycznie jest wodoodporny, radzi sobie z potem czy sebum. Nawilża oczy (JAK?!!), nie kruszy się, ale łatwo zmywa się ciepłą wodą, zawiera kombinację piętnastu składników, które nawilżają....hmmm, w opisie występują oczy, ale wydaje mi się, że bardziej o powieki chodzi. A może chodzi o to, że nie szczypie? No, cholera wie, na pewno wkraplać do oczu sobie tego nie będę, żeby sprawdzać 😁

  W przypadku koreańskich eyelinerów, ich opakowania są proste, klasyczne, ale jednocześnie bardzo ładne. Kolor zarówno pudełeczka, w które są spakowane, jak i pisaka - określa kolor kosmetyku. Wobec tego kolor #02 ma ciemnobrązowe opakowanie, a #05 posiada opakowanie w kolorze burgundowym. Żadna niespodzianka.
Za to eyeliner japoński bardzo się wyróżnia. Po pierwsze - opakowanie. Jest zdecydowanie większe, bardziej kolorowe, jest na nim też więcej informacji (po japońsku), i krzyczy "Kup mnie".!!! Marketingowo się sprawdza i wygrywa z koreańskimi. Ale nieco przegrywa jeśli chodzi o utylizację, bo jest plastikowe. Mówiąc krótko- plastiku jest za dużo. Nie znalazłam nigdzie info, czy jest on w jakiś sposób biodegradowalny, więc mimo cieszącego oko wizażu, ilość plastiku nieco mnie kłuje w oczy. 
Pojemnościowo niewiele się różnią - eyelinery koreańskie zawierają 0,6 g, a japoński 0,4 ml, wizualnie mają podobny wymiar. Wszystkie trzy mają ulubiony przeze mnie, bardzo precyzyjny pędzelek, pozwalający na wyrysowanie naprawdę cieniutkiej kreseczki. W tym miejscu z ręką na serduchu mówię, że wszystkie eyelinery europejskie z podobnej półki cenowej mogą się schować bardzo głęboko, do pięt absolutnie nie dorastają wyżej
wymienionym.

 Testowałam już wszystkie trzy, więc mogę opisać moje wrażenia. Pierwsze co zawsze się rzuca w oczy w tych pisakach, to łatwość i precyzja. Jeżeli dopiero uczycie się rysowania kresek na powiekach - nie ma lepszych eyelinerów do tego. Kreseczki rysują się same i naprawdę trzeba chcieć, by coś zchrzanić. Akurat ja już wiele lat pracuję z eyelinerami, wobec czego moje zdanie pod tym względem może być mało wiarygodne, ale przy zakupach namówiłam koleżankę, która dopiero zaczyna z tematem i zraziła się kiedyś eyelinerami europejskimi, po paru próbach uznając, że się do tego nie nadaje. Po tych eyelinerach (też kupiła Bbię, a Creer Beauty zamieniła na Isehan) jest zadowolona, mówiąc mi to, co ja właśnie Wam napisałam: że rysują się same. 
Trwałość jest dla mnie bardzo zadowalająca, trzymają się wszystkie cały dzień, ale wodoodporność Lady Oscar można jednak między bajki włożyć: zupełnie niezamierzenie sprawdziłam to dziś w nagłym deszczu. Na szczęście eyeliner pandy nie zrobił, ale jednak kolor się rozmył i z czarnego zrobił się stalowoszary.  W zasadzie tego się spodziewałam, czytając komentarze osób, które go już zakupiły -  mimo wszystko, jak jest sucho eyeliner daje pięknie radę.
Podsumowując

Po raz kolejny stwierdzam, że eyelinery europejskie nie mają nawet startu do koreańskich i japońskich. Te ostatnie polecam w stu, a nawet stu dwudziestu procentach!

Cena: Creer Beaute 9,90$ ( w promocji można ustrzelić za 5,70 $), Bbi@ 9,90$ (w pomocji 8,74$)
Działanie: 10/10 (jeśli nie bierzemy pod uwagę "wodoodporności" Creer Beaute).


Projekt: denko (październik 2018)

Pytanie zasadnicze: czemu ja nigdy na blogu nie przeprowadziłam żadnego denka?! Skoro na kanale YT mam, to mogłam przy okazji tu też wrzuci...